Saksońskie łowy

Saksońskie łowy

Każdy czas jest dobry, aby wybrać się na łowy. Gdy jednak przychodzi maj, pola rozświetlone są żółcią rzepaku, a wszystko rozkwita soczystością barw – wtedy jest najpiękniej. Po szarości i chłodach zimy, wszyscy pragniemy słońca, kolorów i zapachu kwitnących drzew. Ciesząc się tą pyszną wiosną wybrałam się zatem po raz kolejny do Drezna wraz z siedemnastoletnim synem i spanielkiem, aby odwiedzić przyjaciół, a przy okazji zapolować w normalnym kraju, gdzie nikt nie łamie moich konstytucyjnych praw rodzica i nie wsadzi mnie do więzienia za łowy w towarzystwie nastolatka. Mało tego, mój syn w zasadzie od roku mógłby tam polować samodzielnie i legalnie będąc w łowisku pod opieką pełnoletniego myśliwego. Nikt nie robiłby z tego powodu medialnej czy politycznej zadymy. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy po przyjeździe na miejsce, było przebranie się w myśliwskie ciuchy i wyprawa w łowisko.

Już zapomniałam, jakie to cudowne uczucie wybrać się z własnym dzieckiem na łowy. Tego wieczoru, jedyne co, to udało nam się poobserwować przez lornetki baraszkujące cielaki i krowy na pobliskim pastwisku. Żaden rogacz nie zaskoczył nas swoją cichą obecnością. Ale nie to jest ważne. Byłam tam z moim synem i on cieszył się tymi chwilami razem, tak samo, jak ja, bacznie obserwując okolicę. Nie na darmo wspominam o rogaczach – to one właśnie były celem mojej podróży do Saksonii. Nie, to nie jest żadna pomyłka. Gdy polscy myśliwi czekają z utęsknieniem na 11 maja, aby rozpocząć czas rogaczy, w Saksonii on już dawno trwa, bowiem na koziołki można tam polować od 16 kwietnia do 31 stycznia. Nie obowiązują żadne zasady selekcji, więc jeśli godzinę po zachodzie słońca wychodzi nam pod ambonę szóstak, to jedynie brak kulochwytu może powstrzymać nas przed naciśnięciem na spust. Nie ma żadnej komisji oceny, wyceny, kar i upomnień. Sarny jednak nadal są i pasą się na okolicznych polach.

Kolejnego wieczora zasiadłam ponownie – tym razem na innej ambonie i od razu spodobało mi się to miejsce. Bardzo chciałam wybrać się na podchód, ale ten sposób polowania nie byłby zbyt bezpieczny na obszarze tak mocno zurbanizowanym jakim są okolice Drezna. Wpakowałam siebie, broń oraz spanielka na ambonkę i pogrążyliśmy się w oczekiwaniu. Słońce już zaszło. Gdzieś przede mną za pagórkiem ktoś nawoływał psa, kawałek dalej odbywał się wyścig, a za plecami miałam jakieś przedsiębiorstwo. Mimo to, zakątek był wyjątkowo urokliwy. Kiedy wreszcie wszystko uspokoiło się, na pagórku pojawił się szarak, który przekicał gdzieś na prawo mijając czyjeś sterczące słuchy. Słuchy strzygnęły i nagle ukazała się w pełnej krasie ich właścicielka – rosła kocica. Szaraczek podążał za nią. To był młodziutki gach, który najwyraźniej bardzo pragnął poderwać starszą koleżankę. Kotka jednak odganiała go ze zniecierpliwieniem. W końcu młokos odpuścił. Jeszcze chwilkę postrzygły razem zieleninę i pokicały zgodnie w stronę przedsiębiorstwa.

Skoro są zajączki, lada chwila może pojawić się bambi – pomyślałam. Tak też stało się, bo po niespełna dziesięciu minutach zza zakrzewień wystawiła głowę stara koza. Przebiegła truchtem łączkę przed ambonką i zniknęła w zagajniku. Za nią pojawiła się kolejna siuta, która bez pośpiechu zajęła się młodymi liśćmi samotnego drzewka pośrodku. Gdzieś w tle mignął rogacz, ale spryciarz bardzo szybko skrył się za szpalerem drzew na pagórku. W tym momencie na łączkę wybiegło zaniepokojone wyrośnięte koźlę – zamajaczyły mi się miniaturowe parostki. Koza przestała skubać liście i ruszyły szybkim kłusem do zagajnika. Wtedy pokazał się on – Pan Rogacz. Chodź no tu, Bambi – mruknęłam, ale on chwilkę stał na szczycie pagórka, po czym ruszył za swoimi towarzyszkami. No nic, ucieszyłam się, że cokolwiek widziałam. Trudno, poszły sobie.

Było coraz bardziej szaro. Krzak przy ambonie zaszeleścił. Wyostrzyłam zmysły. Z głębi krzaka wyskoczyła z gracją giętka istota i przemknęła mi przed amboną. Krzak jednak szeleścił nadal. Pewnie druga kuna – pomyślałam. Ale to nie była kuna, tylko ten sam Pan Rogacz, który dwadzieścia minut wcześniej wędrował szczytem wzniesienia. Z emocji nieostrożnie złapałam sztucer, ale zauważył ruch i błyskawicznie uskoczył z powrotem za krzak szczekając zawzięcie. Na to wszystko śpiący na dywanie u moich stóp spanielek  ocknął się, szczeknął raz i zaczął podskakiwać jak surykatka do burty mojej ambony. Tymczasem piekielny kozioł szalał znowu na szczycie pagórka szczekając jak szalony. Po chwili skoczył mi pod ambonę i dalej darł się jak diabeł. Moja personalna surykatka podskakiwała w emocjach koło mnie, ja próbowałam dostrzec rogacza przez lornetkę, ale było już tak ciemno, że jedynie majaczył mi się niewyraźny kształt na łączce, a tam wyprawiał się cały ten koźli ambaras, bo do wariata dołączył kolejny i oto dwa capy szczekały na przemian. No niezła impreza… Zaczęłam śmiać się. Koniec polowania. Rozładowałam broń i wtedy zobaczyłam światełko, które szło ku mnie. To mój towarzysz przybył pomóc mi ewakuować się z ambony. Zeszłam rozbawiona, ale i rozemocjonowana. Muszę wrócić tu na świt. O trzeciej trzydzieści pobudka i nie ma przebacz.

Wróciłam tam raniutko, ale tym razem przekicał koło mnie tylko ten niewielki gach. Usłyszałam strzał z oddali. Choć jednemu z nas podarzyło tego ranka. 

Wracając z łowów zapytałam mojego gospodarza, czy chce oddać tuszkę do skupu czy zostawia sobie na użytek własny i tak dowiedziałam się oto, że w Saksonii myśliwi dzierżawią w kilku dany obwód, płacą czynsz dzierżawny, płacą szkody, jak my w Polsce, ale wszystko, co upolują należy z automatu do nich. Mogą to zjeść, mogą komuś sprzedać bez zbędnych ceregieli i dodatkowych opłat. Cieszą się polowaniem i dbają o swoje łowiska. W Niemczech przynależność do zrzeszenia nie ma nic wspólnego z wykonywaniem polowania. Da się? Ależ oczywiście! I tak myśliwi mogą należeć do krajowej organizacji łowieckiej – w samej Saksonii należy do niej zaledwie połowa myśliwych. Mogą również należeć do trzech pozostałych, które są w pełni uznawane przez administrację łowiecką. Jeśli chcą, nie muszą należeć do żadnej z nich, a jedynie otrzymać zezwolenie, jak ja, czyli tzw. Jagdschein, z którym można polować nie tylko w Saksonii, ale w całym kraju. Wtedy przedłużają sobie owe Jagdschein co trzy lata opłacając niewielkie ubezpieczenie. Myśliwi z innych krajów, chcący polować na terenie Niemiec, dostają takie zezwolenie na dwa tygodnie. Jeśli zatem chcecie zostać teutońskimi łowcami, możliwości jest wiele. Można zacząć swoją przygodę od wykupienia w lasach państwowych rocznej licencji. Na podobnych zasadach można polować w dzierżawionych lub prywatnych łowiskach. Jest również opcja, aby samemu lub z kolegami wydzierżawić jakiś obwód, podobnie, jak u nas czynią to koła łowieckie. Wielkość takiego rewiru w Saksonii waha się w granicach od 250-300 ha do 100-1500 ha. Koszty polowania są bardzo zróżnicowane i w zasadzie każdy myśliwy znajdzie coś dla siebie i na miarę swojego budżetu.

Tak, jak wyżej już wspomniałam, dzierżawcy dbają o swoje łowisko, o urządzenia, płacą za szkody i dobrze żyją z okolicznymi rolnikami. Co jest ważne – zarabiają na sprzedaży upolowanej dziczyzny, aby móc inwestować w łowisko i mieć pieniądze na dzierżawę rewiru. To wszystko działa doskonale, mimo, że przecież inaczej od naszego – podobno najdoskonalszego modelu. Przy okazji rozkwita kultura łowiecka – jest mnóstwo imprez myśliwskich organizowanych bardzo często w obrębie zabytkowych obiektów historycznych. Niemcy bardzo pięknie kultywują swoje łowieckie dziedzictwo. Miałam okazję podczas poprzedniej wizyty u moich przyjaciół brać udział w takim przedsięwzięciu. W przestrzeni myśliwskiego zameczku i barokowego pałacyku oraz otaczającego je parku w Zabeltitz odbywały się koncerty, nabożeństwa, wystawy sztuki i rękodzieła, warsztaty artystyczne i prezentacje trofeów. Można było kupić produkty lokalnego rolnictwa i przetwórstwa ekologicznego, a przy okazji smacznie zjeść.

Niby nic nowego dla nas, bo przecież i u nas zaczyna dziać się coraz lepiej w tej materii, ale skala jest nadal nieporównywalna. Jako miłośniczka osiemnastowiecznej mody wbiłam się wtedy w gorset, ubrałam się na tę okoliczność w moją kremową suknię z końca XVIII wieku i ufryzowałam włosy, aby wraz z lokalnymi „hrabinami” ruszyć w barwnym pochodzie wokół pałacu. Odgrywałyśmy dawne arystokratki, które odwiedziła niespodzianie dama z Polski. Wszystko w fantastycznej i szalenie radosnej atmosferze. Tę myśliwską imprezę odwiedziły wtedy tłumy. Myśliwi wyszli do ludzi i zamiast promować swoją pasję we własnym zamkniętym gronie, pokazują ją światu bez kompleksów i zbędnych ceregieli, najczęściej w kontekście historii i tradycji, a co najważniejsze bez utyskiwania, że weganie, ekolodzy czy pani Krysia z miasta są czemuś tam winni. Konsekwentnie robią swoje i polują, bo przecież to meritum. 

Wróciłam i znużona podróżą odpaliłam Facebooka, a tam…  Niekończące się kłótnie, pyskówki, jakieś śmieszne obozy polityczne, uprzejme złośliwostki, myśliwskie małe i duże wojenki, a wszystko w obrębie jedynej słusznej organizacji. Tam gdzieś kilkaset kilometrów dalej ludzie po prostu cieszą się swoją pasją – bez monopolu na rację, zadęcia i poczucia wyższości. 

Kiedy u nas?

Niestety znam odpowiedź, ale co tam! Wiosna…

Pragnę podziękować moim drogim przyjaciołom – Ilonie i Andrzejowi Krysztofińskim za wspaniałą gościnę, ciepło, cudowny czas i możliwość łowów w pięknej Saksonii.

Polub artykuł

Miśka Starowicz